





Po latach znalazłem zdjęcie w rodzinnym albumie, gdzie z rodzicami i ich przyjaciółmi beztrosko sobie grillujemy na łonie natury. Tato stoi za obiektywem naszej małpki Kodaka, a ja na pierwszym planie stoję przy grillu obracając pewnie kiełbasę, a może też coś więcej. Może się wam wyda to dziwne, ale ten kadr, ta uwieczniona chwila ma dal mnie ogromne znaczenie. To zdjęcie po prostu pachnie i przywołuje najlepsze wspomnienia gotowania dla najbliższych już od najmłodszych lat. Przypomniałem sobie co w tamtych czasach, a były to głębokie lata 90-te mogliśmy wrzucać na ruszt. Poza kiełbasą i karkówką zawsze były u nas SZASZŁYKI. To te nadziane na szpilkę kawałki mięsa i warzyw wspominam z najprawdziwszym wzruszeniem. Najbardziej lubiłem kiedy na szpadach było samo mięso, słonina i cebulka. Wynalazki w postaci papryki tolerowałem, ale już cukinia czy pieczarki nie należały do mojego repertuaru. Nie zrozumcie mnie źle, ja w wieku 10 lat nie zarządzałem domową kuchnią, pewnie to mama przygotowywała wszystko. Jednak mnie już bardzo wcześniej zaczęto do tego procesu wdrażać.
Wtedy szaszłyki były najprawdopodobniej z wieprzowiny. W ostatniej dekadzie XX wieku wołowina miała raczej złą prasę. Nikt nie potrafił hodować bydła na mięso i było ono raczej przeznaczone do gotowania wywarów czy zrazów. Pamiętam jednak, że że pomiędzy kawałkami mięsa nadziewana była solona słonina, którą kupował lub robił dziadek. Teraz już nie pamiętam dokładnie. Wiecie jednak co było w takim szaszłyku najlepsze? Ten zapach przypieczonej i nasączonej słoniną cebulki. Aromat taki trochę jak przy gotowaniu rosołu z opalaną cebulką. No delicje jak dla mnie. Wyobraźcie sobie jeszcze w tle pobrzękujące kasety z disco polo grane z jamnika na baterie. W tamtych czasach tato nosił wąsy i jeździł na zarobek do Niemiec. Przywoził takie specjalne, grube przyprawy do grilla, które spadając na węgiel drzewny tworzyły aromatyczny dym. To była moja świątynia, a grillowanie to był mój rytuał. Zostawię was z tą wizją.
Szaszłyk właściwy to tylko 3 składniki i przyprawa nabijane na metalowy szpikulec naprzemiennie:


To będzie bardzo prosty przepis. Mięso i słoninę przed pokrojeniem dobrze jest zamrozić, wtedy ukroimy bardziej równe i precyzyjne kawałki. Wołowinę kroimy w prostopadłościany o wysokości 4 cm, a grubości 2 cm. Chodzi o to, żeby temperatura dosyć sprawnie dotarła do środka i żeby mięso się nie wysuszyło. W tym nam pomoże wędzona słonina (można zamienić na dobry, tłusty wędzony boczek), którą kroimy w kostkę 4 x 0,5 cm, ma to być tylko płatek tłuszczu. Cebulę kroimy w podobną kostkę co mięso, ale wiadomo, że to nie jest takie proste. Ważne, żeby pomiędzy był jeden mięsisty kawałek cebuli lub dwa-trzy cieńsze listki. Nabijamy składniki naprzemiennie i delikatnie solimy drobną solą. Czekamy kilka minut i smarujemy olejem i posypujemy przyprawą grillową. Na moją przepis podaję poniżej.
Wszystkie składniki w całości (poza solą) prażymy chwilę na suchej patelni, żeby były jeszcze bardziej łamliwe i aromatyczne. Po wystudzeniu kruszymy ziarna np. w moździerzu lub pulsacyjnie w malakserze. Dodajemy sól w płatkach. Przyprawa powinna być gruboziarnista, ale nie powinno być ziaren w całości, niepokruszonych.
Przepis zawiera się w opisie połączenia ketchupu z pastami z tubek i to wszystko. Takie pasty z węgierskiej papryki powinniście dostać spokojnie w każdym markecie.
Grillowanie szaszłyków
Szaszłyki z przyprawą grillową nie trzymamy zbyt długo, max 1 godzina, po czym trafiają na średnio rozgrzany grill. Całość może się trochę dymić, gdyż na żar będą spadały krople tłuszczu. Kiedy szaszłyk będzie przyrumieniony to ściągamy z rusztu i jemy jeszcze ciepłe w towarzystwie ketchupu paprykowego.





