Magiczny składnik

Magazyn

Obiadowa mapa Warszawy pisana Hulajnogą

Jakiś czas temu zapytałem się was na Facebooku i Instagramie (ten post poniżej), gdzie polecacie wybrać się na lunch w Warszawie. Pytanie to było specyficzne, bo potrzebowałem poleceń miejsc, do których z łatwością można dojechać hulajnogą. Wszystko zaczęło się jeszcze w lipcu 2019 roku na Nocnym Markecie, kiedy pewna miła osoba zaangażowana w promocję marki Hive nie zapytała, czy nie zechciałbym zrobić coś fajnego razem. Ja ocierając pot z czoła i przecierając zadymione od grilla okulary powiedziałem, że bardzo chętnie. Nie dalej jak tydzień później mieliśmy już gotową koncepcję – wyjadę w miasto na hulajnodze, żeby odwiedzić najciekawsze miejsca w Warszawie na lunch! Z okazji powiększenia strefy o zagłębie biurowe na Mokotowie aka “Mordor”, miałem zamiar wybrać się też w tamtym kierunku.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Pan Magiczny Składnik (@magic_ingredient)

Podczas tych dwóch miesięcy przetestowałem wiele warszawskich lunchy oraz miejsc, które może typowych lunchy nie mają, ale można w dobrej cenie zamówić sobie coś karty, co zostanie szybko podane. Szybko, to jest słowo klucz, bo na lunch nie mamy zwykle zbyt wiele czasu, szczególnie jeśli pracujemy w biurze. Jak wiecie, od kilku lat nie pracuję już w “korpo”, więc objazd po lunchachach był dla mnie trochę sentymentalną podróżą, szczególnie na Mordor, gdzie kiedyś pracowałem.

Czym się przede wszystkim kierowałem w moim wyborze? Przede wszystkim jakością! Zależało mi na tym, żeby z ceny lunchu kucharze wycisnęli z niego jak najwięcej dobrego i ciekawego jedzenia. Chciałem, żeby miejsca, które polecę były nietuzinkowe, żebyście chcieli do nich wracać i się nie zawiedli. Po drugie, razem z Hive promujemy elektromobilność, szczególnie w godzinach szczytu, kiedy miasto jest zakorkowane. Przejechanie autem kilku przecznic często wydaje się stratą czasu. Chodzenie na piechotę na lunch też ma swoje ograniczenia. Przejdziemy 300-500 metrów w poszukiwaniu obiadu, ale kilometra dwóch już pewnie nie będzie nam się chciało, a taką hulajnogą śmigniecie na lunch bardzo szybko. Co więcej, żeby wrócić tym samym pojazdem wystarczy włączyć tryb Parkowania – 30 minut za darmo. Każda szanująca się lunchownia powinna wyrobić się w takim czasie.

Wracając do meritum, czyli do jedzenia, odwiedziłem dwadzieścia kilka miejsc podczas testów Hive i wybrałem tylko 7, które zdecydowałem się opisać dokładniej. Kilka miejsc mnie rozczarowało, na przykład warszawskie bary mleczne. Wiele miejsc, które polecaliście odrzuciłem, po pierwsze, gdyż były poza strefą, albo zupełnie mnie nie interesowały. Zerknijcie na moją listę poniżej. Wszystkie miejsca są interesujące, lunch lub menu jest w fajnej cenie i z łatwością dojedziecie tam i zaparkujecie swoje elektryczne maszyny.

Bibenda

Wiadomo, że na lunch do centrum mógłbym dojechać autem lub metrem i po sprawie, ale na czas współpracy z Hive postanowiłem skomplikować trochę sytuację i za każdym razem zrealizować trochę inny scenariusz, dzięki któremu ostatecznie dojadę na miejsce za pomocą hulajnogi. Już wcześniej jeździłem hulajnogą elektryczną, bo byłem ciekaw jak się tym jeździ i w czym może być przydatna. Generalnie jestem całkiem otwarty na nowe sposoby poruszania się po mieście. Dla przykładu, kiedy nie miałem auta często korzystałem z oferty carsharingu. Tym razem wsiadłem w metro pod domem na Mokotowie, wysiadłem na Politechnice, by na miejsce dotrzeć na hulajnodze. Całkiem przyjemna jazda, która zajęła mi 6-7 minut z Placu konstytucji, gdzie znalazłem wolne urządzenie, przez Marszałkowską i Kruczą. Po drodze nie widziałem żadnego wolnego miejsca parkingowego, a na wiem, że to normalka 😉 Pamiętajcie jednak, że jazda w Centrum może być wyzwaniem. Hulajnoga to nowy środek transportu więc uważajcie na innych i nie rozpędzajcie się za bardzo. Obok ludzi poruszajcie się z minimalną prędkością i miejcie oczy dookoła głowy. Tyle rad wujka Tomka, teraz czas na opis wrażeń z Bibendy.

Bibenda zawsze była bliska mojemu sercu, a to dlatego że realizuje wizję idealnego bistro. Prosta, sezonowa kuchnia. Kilka dobrze przyrządzonych składników, świetne pieczywo, którym masz ochotę wytrzeć sos z talerza, a sosy na talerzu w Bibendzie rządzą. Obiad kosztuje 25 zł i składa się zawsze z zupy i drugiego dania. Ja trafiłem na meatballsy z popularną w Bibendzie fasolą (czy ktoś tam bywał w Toskanii?) i pesto pietruszkowym. Zupą był chłodnik z arbuza. Szczególnie te mięsne kulki z fasolką sprawiły, że miałem ochotę na drugą część dnia. Nie byłem na obiedzie sam, więc zamówiliśmy jeszcze z karty faszerowane kwiaty cukinii i pieczonego kalafiora. Ceny i produkty są tak fajne, że czasami warto opuścić lunch i zamówić coś z karty. Bibendę powinniście zapisać na swojej liście warszawskich lunchy koniecznie!

Bocca Bar

Pewnie niewielu z was wie, ale kilka lat temu miałem normalną robotę i pracowałem właśnie w reklamie na Mordorze. Właściwie w samym sercu na Marynarskiej. Jeszcze 3 lata temu szczytem marzeń o obiedzie był Pan Kanapka albo sieciówki w pobliskim, popularnym Gal Moku. Może właśnie dlatego tak wszyscy lubiliśmy te chwile, kiedy można było wyjechać na spotkanie do centrum. Tutaj po prostu nic się nie działo i byliśmy skazani na bardzo średnie jedzenie.

Tymczasem od kilku lat na Mordorze pojawiły się także mieszkania. Teren powoli odżywa. Dochodziły mnie słuchy, że w okolicy zaczyna się otwierać coraz więcej knajpek. Postanowiłem to sprawdzić. Tak się zdarzyło, że mieszkam teraz bardzo blisko Mordor i tamtejsza gastronomia zaczęła być w moim zasięgu. Dodatkowo okazało się, że strefa Hive powiększyła się także i o moją ulicę, więc droga pod Gal Mok zajmuje mi jakieś 5 minut. “Za moich czasów” nikt daleko za lunchem nie jeździł, a teraz spokojnie podczas przerwy można pojechać i na drugi koniec Mordoru coś zjeść. Pojechałem więc Wołoską i wyremontowaną ostatnio Marynarską do Bocca bar, za którego sterami stoi teraz znany z programu Top Chef Kamil Kędzierski. Kuchnia tego lokalu bardziej pasuje do śródmieścia. Jest to bistro pełną gębą bazujące na dobrych produktach i umiejętnościach chefa i załogi. Lunch kosztuje 29 zł i składa się z przystawki i dania głównego. Kiedy odwiedziłem Bocca Bar akurat w karcie zainteresował mnie buraczany hummus z podpłomykami i wolno pieczona świeca wołowa. Szczególnie świeca z chrupiącymi warzywami i pysznym majonezem wprawiła mnie w dobry nastrój. Żeby spróbować czegoś jeszcze z karty zamówiłem przystawkę z kiszonych szparagów (dawno nie widziałem tak zachęcającej prezentacji na talerzu) i deser z lodami z róży i rabarbarem. Samo miejsce położone jest budynek obok mojej dawnej pracy na rogu Postępu i Marynarskiej. Mają fajny i cichy ogródek i piękne wnętrze. Pracując nieopodal można na chwilę zapomnieć o taskach i deadline’ach, albo zaprosić na spotkanie ważnego gościa. Ja przyjechałem bez problemu hulajnogą co i wam polecam 🙂

Gruby Josek

Gruby Josek, któremu szefuje Mateusz Czekierda położony jest nieopodal Hali Mirowskiej, którą często odwiedzam. Tym razem także wybrałem się na zakupy na ten popularny, warszawski targ. Przyjechałem samochodem, bo miałem do załatwienia kilka spraw w okolicy, a hulajnogę potraktowałem jako dojazdowy środek transportu. Hive’a można zaparkować bezpłatnie do 30 minut i nikt nam hulajnogi w tym czasie nie zabierze. Jak się okazało podróż hulajnogą jest w tej części miasta bardzo popularna. Jest ich wszędzie bardzo dużo. Widziałem też wielu turystów, którzy wybrali ten środek transportu, żeby zwiedzać nasze miasto.

Jednym z przystanków, a na pewno najsmaczniejszym był Gruby Josek właśnie. Lokal oferuje lunche złożone z przystawki, głównego dania i deseru za niebywałą cenę 19 zł. Ci, którzy znają chefa Czekierdę wiedzą, że się postara i każdy lunch będzie ciekawym przeżyciem kulinarnym. Już dawno przestałem traktować jedzenie jako paliwo, więc nawet na lunch zawsze szukam czegoś ciekawego. Jeśli nie ma nic w okolicy to wolę kupić kilka bananów i przeczekać trudny moment (czy wy też tak macie?). Kiedy odwiedziłem Joska w karcie stało m.in. plastry wołowiny i biała rzodkiew. Na główne można było wybrać pieczeń wieprzową, golonkę czy dorsza, a na deser krem czekoladowy lub minibezę (dokładne menu na zdjęciu). Z całego bogactwa tego lunchu chciałem wspomnieć tylko perfekcyjnie zrobioną goloneczkę z cudownym sosem, z domową musztardą, zasmażaną kiszoną kapustą i ziemniakami. Jeśli mnie pamięć nie myli to była najlepsza golonka jaką zjadłem w życiu i to podana na lunch! Niestety, ale musiałem połową podzielić się z moją współzjadaczką tego dnia. Nie płaczę jednak, bo zamierzam często do Joska przychodzić, czego i wam życzę!

Banhmi Nam

Tym razem skorzystałem z waszych podpowiedzi i pojechałem na lunch do Banhmi Nam na warszawskim Mordorze. Jak się okazuje biurowy zaułek Mokotowa to prawdziwe zagłębie azjatyckich knajpek, a ja śmigając z Hive postanowiłem oddzielić “ziarna od plew” 😉

Historia mojego lunchu była następująca. Tego dnia, a był to czwartek miałem umówioną wizytę na przegląd okresowy auta. Miałem parę godzin tylko dla siebie, bez auta i poza strefą wszelakich -sharingów. Pozostał stary dobry autobus. Wiedząc, że nowa strefa Hive zaczyna się u bram Mordoru, wysiadłem na Marynarskiej i na miejsce dojechałem na z góry (w aplikacji) upatrzonej hulajnodze. Jazda takim scooterem po Mordorze to czysta przyjemność i wierzę, że w jakimś stopniu przyczynię się do nowej mody dojeżdżania z pracy na lunch w ten sposób 😉

Na miejsce, wietnamskiej Banhmi Nam dojechałem po 15, kiedy lokal powoli się wyludaniał, co pozwoliło mi na niczym nieskrępowaną sesję zdjęciową. Udało mi się także zamienić kilka słów z uroczą właścicielką Mai Chi, która na co dzień sprzedaje i przygotowuje kanapki dla swoich gości. Czymże jest ów Banhmi? To nic innego jak bagietka z różnymi smacznymi wypełnieniami. Lokal ten nie serwuje typowych zestawów lunchowych, ale wybór kanapek jest całkiem spory. Wybrałem banhmi z tradycyjnym pate mięsnym i jajkiem sadzonym. Kusiły mnie też bagietki z pieczenią wieprzową i klopsikami. Ileż można jednak za jednym razem zjeść? Moje banhmi było przepyszne, bułka solidnie wypełniona wilgotym pasztetem, chrupiącymi warzywami i kolendrą. Stwierdziłem jednak, że dla dobra tej minirecenzji powinienem spróbować czegoś jeszcze. Zamówiłem więc sałatkę z mango z krewetkami i kawę po wietnamsku. Sałatka była konkretna, nie pod względem wielkości, ale smaku. Zero niepotrzebnych wypełniaczy. Tylko mango, krewetki, ogórek,zioła, orzeszki i sos rybny. Kawę potraktowałem jako deser, bo wietnamczycy piją dripa skąpanego w słodkim, zagęszczonym mleku. Od czasu do czasu można. Będę wracał spróbować pozostałych bagietek.

Gado Gado

[EDIT] – w międzyczasie okazało się, że Gado Gado się zamknęło, choć dalej uważam, że była to fajna knajpa i dobrym jedzeniem. Widocznie nie byli w stanie osiągnąć odpowiedniej rentowności. Znam właścicieli i w zamian Gago Gado mogę polecić ich lokal z ramenem – Yatta Ramen.

Tym razem wybrałem się hulajnogą z mojego mieszkania na mokotowskim Wierzbnie, żeby przetestować ile zajmie mi to czasu. Chciałem też po drodze pośmigać po parku Pole Mokotowskie. Okazuje się, że ulicą wołoską sporo ludzi wybiera ten środek transportu, żeby dojechać do pracy na Mordorze. Ja jednak wybrałem kierunek przeciwny. Droga zajęła mi jakieś 22 minuty. Na Pięknej, zaparkowałem pod lokalem, zrobiłem kilka zdjęć i zaparkowałem darmowo na 30 minut. W tym czasie nikt nie może wypożyczyć tej hulajnogi.

Na miejsce dotarłem tuż przed 16, ale szczęśliwie udało mi się jeszcze trafić na lunch. Na miejscu Gado Gado (jest to nazwa indonezyjskiej sałatki i dokładnie znaczy mieszać mieszać). Zawsze mnie zastanawiało dlaczego azjaci lubią powtarzać słowa? 🙂 Tak czy inaczej miejsce powstało na kanwie wcześniejszego Warung Jakarta. W lokal zangażowali się m.in. właściciele Yatta Ramen i właściciel studia kulinarnego Polish Your Cooking. Osoby te są już nie raz udowodniły, że swoją pasję do azjatyckiego jedzenia potrafią przekuć na smaczne, w miarę możliwości autentyczne potrawy. Lunch w GG kosztuje 23 zł i składa się zazwyczaj z głównego dania, jakiegoś małego dodatku i lemoniady. W piątek, kiedy byłem można było zamówić makaron pszenny z grzybami shitake, szpinakiem, jajkiem ugotowanym na twardo i kurczakiem lub tofu w ostrym sosie. Do tego była jeszcze chrupiąca fasolka z woka. Jak widzicie na zdjęciu fajnych składników było jeszcze więcej. Nie byłbym jednak sobą gdybym nie zamówił jeszcze czegoś z karty. Uśmiechały się do mnie zupy. Laksę już jadłem wcześniej w tym lokalu, więc wybór padł na “Lao style” Khao Soi. Zupa znana z Tajlandii w laotańskim sznycie na bazie tajskiej tajskiego miso (pasty z fermentowanej soi), z mielonym mięsem wieprzowym i dużą ilością świeżych ziół. Na myśl o tej zupie mam ochotę wmówić sobie nawet chorobę, żeby móc się nią wyleczyć 😉 Podsumowując: świetna cena, jakość i autentyczność jedzenia, fajne wnętrze i wybitna lokalizacja.

Burger Bar Pekin Express

Długo zastanawiałem się gdzie wybrać się na przedostatni lunch z Hive. W pewnym momencie obsesyjnie chodziłem do warszawskich barów mlecznych, bo takiego typu lokalu mi brakowało w zestawieniu. Wybór padł jednak na sprawdzoną markę PekinExpressBurgerBar na Kruczej. Odwiedziłem wcześniej kilka barów mlecznych, ale po pierwsze w godzinach lunchowch są tam spore kolejki, a paradoksalnie zjedzone przeze mnie jedzenie było serio średniej jakości i nie wiem czy chciałbym polecać. Ale nie o tym… 😉

Do PekinExpress wybrałem się trochę przypadkiem. Umówiliśmy się z kolegą do stołecznego Bambino na obiad, jednak pod lokalem dałem za wygraną i pojechałem hulajnogą kilkaset metrów do pobliskiego lokalu, który znam z Mokotowa. Na Olkuskiej miejscówka jest kultowa. Nie żyje tak długo, ale legendy głoszą, że Burger Bar był pierwszą burgerownią w Warszawie. Jeśli taki poziom trzymają od początku to szacunek. Rzadko jadam burgery, ale kiedy najdzie mnie ochota to wybieram po prostu cheeseburgera z Burger baru i nigdy się nie zawiodłem. Do lokalu przyklejony jest już chyba na zawsze koncept Pekin Express, jak sama nazwa wskazuje z kuchnią chińską i kaczką po pekińsku. Jednak właściciele zdecydowali się na włączenie do menu uwielbiane przez warszawiaków dania wietnamskie i tajskie. Zwykle taki misz masz każe zawracać na pięcie, ale nie tutaj. Próbowałem już większości menu i zawsze był równy poziom. Tym razem mój wybór padł na sałatkę z kaczką na bazie makaronu maniokowego z marynowanym bambusem, kolendrą i orzeszkami ziemnymi. Pyszne i miałem to fajne wrażenie, że zjadłem przy okazji coś zdrowego. Właśnie dlatego domówiłem jeszcze frytki, bo bardzo lubię dobre frytki i tutaj się nie zawiodłem. Mój dobry kolega zamówił po prostu cheeseburgera, którego pochłoną ze smakiem, ledwo zdążyłem zrobić zdjęcie 😉

Schabowy

To miejsce znalazło się tutaj trochę poza konkursem, bo leży dosłownie na granicy strefy Hive na Mordorze, ale niezmiernie polecam Schabowego. Odwiedziłem ten lokal, ponieważ szukałem dobrego, autentycznego jedzenia rodem z Polski, ale szukałem wcześniej źle czyli w barach mlecznych, które mnie bardzo rozczarowały. Wiem, że niby czego mógłbym się spodziewać, ale jakoś inaczej sobie wspominam takie miejsca. Ja po prostu trafiałem na niesmaczne, niedoprawione jedzenie, którego nie chcę tu polecać. Co innego Schabowy. Podczas wizyty w piątek w menu lunchowym, które kosztuje 25 zł dostałem kotlety rybne z ziemniakami i surówką z kiszonej kapusty. Do tego zupa kalafiorowa. Żeby pokazać wam coś z menu, zamówiłem jeszcze schabowego ze świnki złotnickiej z zasmażaną kapustą. W ofercie jest chyba wszystko co lubię w polskiej kuchni, a dania i dodatki zmieniają się sezonowo, czyli tak jak powinno być. Przepyszne są też pierogi i domowe ciasta. Polska biesiada pełną gębą.

Poza 7 wskazanymi miejscami odwiedziłem i lubię także: Roger That Foods, Pizzeria Tutti Colori, Kumin, Uki Uki, Yatta Ramen, Arigator, Bangkok Soi, Mikkeler, Mąka i Woda, Supperlardo, Bazar Kocha, Ed Red, Xin Chao.

Magiczne Składniki: , ,

Komentarze

Close