Magiczny składnik

Magazyn

FoodpornTrip: Jak smacznie spędzić kilka dni w Atenach i okolicach

Niektórzy mówią, przynajmniej oficjalnie, że najważniejsze jest wnętrze. Zapewne właśnie tym osobom do gustu przypadną Ateny – miasto urody nieoczywistej, do której dokopywać trzeba się niemal tak wytrwale, jakby spod ziemi wydobywało się resztki starożytnej agory.

Na szczęście podobnie żmudnego wysiłku nie trzeba wkładać w greckiej stolicy przy poszukiwaniu czegoś smacznego do zjedzenia. Zdecydowana większość restauracji, knajpek i barów w Atenach i okolicy powinna dostarczyć całkiem przyjemnej podniebieniu strawy. Gorzej z kulinarnymi uniesieniami – trzeba mieć samego Hermesa za przewodnika, żeby wbić się na ekstatyczne misteria u Dionizosa. Ewentualnie kilka dobrych porad.

Tekst: Ania z Fajny Dining

Jogurt i spanakopita

Na przykład takich, że wszystko, co zawiera w sobie gęsty, kremowy jogurt grecki powinno być przynajmniej pyszne. Do dzisiaj zresztą pamiętam przeczytaną w jakimś przewodniku ciekawostkę, że Grecy zawdzięczają swoją długowieczność m.in. ochoczo spożywanej przekąski składającej się z jogurtu, miodu i orzechów. Takimi pysznościami ramię w ramię pokolenia ateńczyków i turyści zajadają się w Stani. W latach 60. i 70. w Atenach i Pireusie podobno roiło się od przybytków specjalizujących się w produkowaniu i sprzedawaniu produktów mlecznych oraz podawania przyrządzonych na ich bazie przekąsek i śniadań. Niestety tradycja nie przetrwała i Stani to już ostatni ich przedstawiciel. Oprócz zakupu jogurtu do domu lub wsunięcia go na miejscu ze wspomnianymi dodatkami, można spróbować tu spanakopity, czyli ciasta filo nadziewanego szpinakiem i fetą. Ta popularna, uliczna przekąska zjadana jest często w biegu na śniadanie, dlatego pewnie ją (albo jej odpowiedniki z innymi nadzieniami) można znaleźć niemal na każdym rogu.

Souvlaki

Miejscowi kochają swój robiący karierę również zagranicą uliczny klasyczek – poświęcone mu lokale pękają w szwach, a w kultowych składniki często kończą się grubo przed zamknięciem. Czym dokładnie są souvlaki? W Atenach słowo to oznacza nabite na patyczki, opieczone na ruszcie kawałeczki mięsa, które następnie w towarzystwie jogurtu lub tzatziki, pomidora i cebuli, a w wersji na bogato jeszcze frytek, z czułością opatula się pitą i podaje głodnemu “do łapy”. Jeśli chrapkę macie na samo mięso na patyczku, zamówcie “kalamaki”, a jeśli na wersję na talerzu – “souvlaki merida”.
Po ultra klasyczną opcję zgłoście się do działającego od dziesięcioleci O Kostas – żadnych frytek i tzatziki, tylko jogurt, pomidor i cebula, dwa rodzaje mięsa do wyboru. Ale należy pamiętać, że to taka dziupla w ścianie praktycznie bez miejsc siedzących, więc spożywa się na stojąco albo na ławeczce przed lokalem. Antyfanom wnętrz pełnych nadgryzionego zębem czasu wdzięku poleca się natomiast Street Souvlaki – estetyczny barek z całkiem rozbudowaną kartą, w którym mięso zastąpić można serem halloumi albo zjeść jako wspomniane wyżej kalamaki z pitą obok.

Owoce morza

Przed przyjazdem do Aten marzyłam o tych wszystkich świetnie zrobionych ośmiornicach. W wielu miejscach jednak zamiast całych macek, sieka się mięso w plastry i kawałeczki. W większości przypadków tak podana ośmiornica okazywała się gumowata, zbyt mocno opalona na grillu i pozbawiona charakterystycznego smaku. Dlatego przed zamówieniem lepiej zapytać.

Lepiej powinno być ze świeżymi rybami, krewetkami czy mulami. Te ostatnie szczególnie pyszne udało się znaleźć na tzw. Riwierze Ateńskiej na południowych krańcach miasta, w restauracji Sardelaki Vougliumeni z widokiem na morze i położonej przy znanej atrakcji turystycznej, jeziorze Vougliumeni. Jeśli tam kiedyś traficie, bierzcie wzruszająco pyszne mule saganaki, czyli zapiekane w specjalnej, głębokiej patelence z aromatycznym, pomidorowym sosem i serem feta. Warto pamiętać, że saganaki oznacza samo naczynie, w którym przygotowywane jest danie, więc w innej restauracji może różnić się sposób podania. Doskonałe okazało się również anchois o niesamowicie skoncentrowanym smaku i strukturze.

Egina (gr. Aegina)

Aby trochę wyrwać się z zatłoczonego i buchającego żarem miasta, warto wskoczyć na prom, który w mniej niż dwie godziny i za jakieś 8 euro zabiera podróżnych na wyspę Egina. Mnóstwo tam całkiem malowniczych plaż otoczonych turkusową, przejrzystą wodą. Z kolei środek wyspy opanowały pistacjowe plantacje. Główny port opanowany zresztą został przez pistacjowe sklepy z orzechami prażonymi, solonymi lub jakimi tylko chcecie, a także z wszelkimi pistacjowymi słodkościami i kremowymi lodami.
Jeśli wskoczycie na skuter lub do wynajętego samochodu, aby pozwiedzać trochę okolicę, koniecznie zajrzyjcie na malowniczą plażę Marathonas i do położonej na niej rodzinnej restauracji Ammos. Świeże, ugrillowane w punkt ryby, mezze z owoców morza z absolutnie fantastyczną, grillowaną ośmiornicą na czele, którą goście kupują całymi słoikami, świetnie doprawioną fetą zapiekaną w saganaki, przyjemne wino domu, cudowni właściciele i obsługa. W dodatku można siedzieć przy stole ze stopami zakopanymi w piasku, a w przerwie między posiłkami brodzić w ciepłej, morskiej wodzie z kieliszkiem wina w dłoni. Idealnie.

Deser

Jak świat długi i szeroki, wszędzie spotkać można różne tłuściutkie twory pączkowate. Grecja ze swoimi drobnymi, krągłymi lukumades nie jest tu wyjątkiem. Najlepiej wybrać się na nie do przybytku rozkoszy specjalizującego się w ich smażeniu, który nazwany zresztą został na ich cześć – Lukumades. Pączki o złotej, chrupiącej skórce i puszystym wnętrzu łączy się tu w rozpustny deser z różnymi dodatkami i nadzieniami: czekoladą, lodami, cynamonem, ciasteczkami. Szczególne miejsce w sercu i żołądku zyskała jednak kompozycja typowo grecka: z delikatnie kwaśnymi lodami o smaku greckiego jogurtu, pysznym miodem i włoskimi orzechami – doskonałość! Dla siebie znajdą też coś fani bardziej wytrawnych smaków, na przykład pączki nadziewane fetą i pikantną papryką.
Napijecie się tu również świetnej kawy, którą specjalnie dla Lukumades wypaliła lokalna palarnia Taf.

Kawa

Kawę po grecku (ellinikoskafes), a właściwie po turecku, bo to pod wpływem Imperium Osmańskiego na terenie dzisiejszej Grecji namiętnie się ją popija, parzy się w zgrabnym tygielku, podgrzewając razem zmielone ziarna, wodę i opcjonalnie cukier. W niektórych miejscach, jak w położonej zaraz przy Centralnym Markecie kawiarni Mokka, kawę przygotowuje się w tradycyjny i bardzo efektowny sposób, zanurzając tygielek w gorącym piasku umieszczonym w specjalnej, utrzymującej temperaturę “piaskownicy”. Powstaje z tego zawiesiste, smoliste błotko, które dobrze zrównoważyć szklanką wody i słodkim drobiazgiem, który zresztą zawsze w Mokka dodawany jest do kawy. Warto odwiedzić ją również ze względu na wystrój i bardzo dobre cold brew.
W pobliżu otoczonego złą sławą Placu Omonia znajduje się z kolei specjalizująca się w kawach speciality i alternatywnych technikach parzenia kawiarnio-palarnia Taf. Przy pomyślnych wiatrach można się załapać nawet na sesję cuppingu, czyli degustacji kawy. Warto też obkupić się tu w różne ziarna (przeznaczona do metod alternatywnych kosztuje około 15 euro) i powspominać wizytę w Atenach siorbiąc wypalaną w Taf kawę już po powrocie do domu.

Piwo

Scena mikroborowarów greckich wybuchła z taką samą mocą, jak ta w Polsce i obecnie raczyć się można piwkami pochodzącymi chyba z każdego zakątka kraju. Różnica pomiędzy Polską a Grecją na froncie piwnym polega jednak na dostępności i przystępności – u nas po rzemieślnicze piwa sięga coraz więcej lokali i ceny nie świdrują dziur w portfelu, w Atenach trzeba się tyci bardziej nachodzić i niestety chęć podegustowania różnych odmian to zabawa dosyć kosztowna: jedno piwo wyniesie nas od około 6 do nawet 10 euro. Mnóstwo greckich rzemieślniczych piw znajdziecie w Barley Cargo i The Beer Time.

Wino

Może się tu komuś narażę, ale w większości przypadków odniosłam wrażenie, że jedyną zaletą wina domu – przynajmniej w Atenach – jest cena. Bo w smaku trafialiśmy najczęściej na rozwodnioną, siarkowatą, gorzką nieprzyjemność w przypadku win białych, a w wypadku czerwonych na płytki w smaku, podbity alkoholem sok. Oczywiście karafka wina domu raczej nigdy nie osiągnie jakości Amarone, ale zawsze wydawało mi się, że skoro bogowie Olimpu od wieków raczą się winem, to chyba powinni wyrobić już sobie całkiem niezły gust. Tak więc jeśli macie ochotę na dobry trunek, wybierzcie raczej coś z dostępnej winnej karty. W restauracji za butelkę w okolicach 20-30 euro powinny się znaleźć interesujące i niosące winne spełnienie typy.

Jagnięcina

W Atenach jest specjalne miejsce dla miłośników jagnięciny, ale pod warunkiem, że są w stanie podzielić się przestrzenią ze stadem kocich żebraków, które tylko czekają, aż jakaś kostka z soczystego combru zsunie się ze stołu. W To Steki Tou Ilia zamawia się nie dania, a kilogramy: 30 euro za kilogram cieniutkich, ugrillowanych kotletów z kostką albo 26 euro za miks podrobów. Wszystko jest minimalnie przyprawione i brakuje odrobiny więcej tymianku czy rozmarynu, jednak wypieczone jest idealnie i spełni oczekiwania, jeśli zależy na smaku mięsa, a nie estetyce podania. Oprócz jagnięciny w karcie znajdzie się wyłącznie dodatki do niej – oliwki, sałatkę grecką, papryki i tym podobne, a więc lepiej nie tu, jeśli chcecie uszczęśliwić jakichś wegetarian.

Jak u mamy

W Markecie Centralnym za wypełnioną tuszami, głowiznami i pasami żeber częścią mięsną ukryła się knajpka Oinomageireio. To idealne miejsce, jeśli marzycie o zajrzeniu w miski wszystkich greckich mam, cioć i babć, bo swoją bardzo domową kuchnią daje ku temu możliwość. Żadnych ośmiornic, raczej bez grillowanych ryb i krewetek, za to ogromnymi garami wypełnionymi treściwymi zupami czy jednogarnkowymi daniami, np. fasolą w sosie pomidorowym, duszoną okrą czy duszoną koźliną. Można też trafić na popularny grecki klasyczek, czyli musakę. Nad wszystkim czuwa “do rany przyłóż” obsługa, której naprawdę zależy na dobrym samopoczuciu gości – nam na przykład zatroskana właścicielka wymieniła kontrowersyjną zupę na łagodzącą obyczaje cytrynową z kurczakiem.

Tekst: Ania z Fajny Dining

Nawiasem wspomnieć trzeba też o filmie, który nagraliśmy w Grecji. Na początku nie miałem zamiaru kręcić video, gdyż wiedziałem jak bardzo to wyczerpuje i angażuje. Już byłem na jednych wakacjach, z których mało co pamiętam, ponieważ ciągle byłem przyklejony do aparatu i ładnych kadrów, które wyskakują co krok. Postanowiłem te odchudzić też swój aparat z dużej i ciężkiej Sigmy 18-36mm f1.8 na rzecz superjasnego i lekkiego Olympusa 25mm f1.2, za pożyczenie którego serdecznie dziękuję firmie Olympus Polska. Obiektyw okazał się zbawieniem, a jego jakość obrazu wprost poraża. Może nie jestem profesjonalnym fotografem i operatorem, ale jestem całkiem zadowolony z efektu zdjęć i filmu, który możecie zobaczyć poniżej. Jedynie o czym nie pomyślałem to filtr kołowy ND, dzięki któremu mógłbym filmować z pełnym otworem 1.2. W Atenach światła jest jednak zbyt wiele i musiałem często zamykać otwór przysłony na max, żeby nie pozbyć się przepaleń. Jak będę decydował o zakupie nowego szkła, ten Olympus będzie zapewne stał na podium.

 

Komentarze

Close