Magiczny składnik

Magazyn

Jak nie stracić pieniędzy, zdrowia i humoru w podłej spelunie?

Wakacje, urlop, odpoczynek, weekend za miastem! Wszystkim tym przyjemnościom związanym z wolnością i umysłowym resetem towarzyszy przyjemność największa – zwiedzanie lokalnych restauracji, knajpek i barów. Jednak na drodze do szczęścia, czyli najlepszych tapasów, owoców morza i ziemniaczanych bab staje czasami knajpa, która zachwyciłaby wyłącznie producentów „Kuchennych rewolucji”.

Co zrobić, aby uniknąć innych rodem rewolucji, strat moralnych oraz finansowych? Po kilku podróżniczych, kulinarnych porażkach to pytanie zadał wam w styczniu na fanpage Tomek i dołożył swoje podpowiedzi. Pod wątkiem (kliknij) pojawiła się garść ciekawych komentarzy (kilka z nich przytaczam poniżej), co zainspirowało nas do podsumowania całości – ku chwale dobrego jedzenia i niemarnowania cennych złotówek.
Zanim zdecydujesz się zasiąść przy stole i powierzyć komuś swoje kiszki, portfel i samopoczucie, przeczytaj!

 

I. Przed wyjazdem w teren

Internetowe łowy

Facebook bywa prawdziwą kopalnią wiedzy o potencjalnych świątyniach kulinarnych rozkoszy. Wystarczy przeskanować co sensowniejsze recenzje na fanpage restauracji (bo hej, „nie smakowało mi, bo nie lubię marchewki” do takich nie należy), zdjęcia potraw i wnętrza, żeby dowiedzieć się, czy to miejsce w zgodzie z naszym gustem i upodobaniami. Skutecznie pocieszyć lub przestraszyć oko można również na Instagramie. Oczywiście jeśli tylko restauracja wpadła na pomysł, aby z wykorzystaniem social mediów realizować się PR-owo, a jak się okazuje, nie jest to wcale regułą np. we Włoszech czy Hiszpanii. Mowa tu nie tylko o głębokiej prowincji i zapomnianych przez bogów knajpkach. Co zrobić zatem w miastach, w których social media, delikatnie mówiąc, nie cieszą się zbytnią estymą jako narzędzie promocji dla restauracji? Pozostaje przeczesywanie foodies’owych grup, blogów podróżniczo-kulinarnych, staromodna rozmowa albo wróżenie z Trip Advisora – licząc, że jakimś cudem uda się coś wyłowić z nieprzebranego, zaśmieconego złem gastro oceanu. Niestety, o ile często Trip Advisor jest największym spisem stanu gastronomii w danym mieście, serwis nie filtruje ocen gości pod względem merytorycznym, pełny jest również restauracyjnych dinozaurów narodzonych już chyba we wczesnym okresie jurajskim i turystycznych pułapek dla grupowych wycieczek w stylu “Włochy w 3 dni”.

“Zawsze najpierw sprawdzam, jak wygląda komunikacja w social mediach danego miejsca, czy jak ze znajomym złapałabym z nim wspólny język, czy przedstawiają się w nich używając kreatywnego języka, czy są zaangażowani w prowadzenie tych kanałów.”

~Agnieszka Szydziak

 

II. W poszukiwaniu odwrotu

Nawet po taktycznym uzbrojeniu się w informacje o nowym mieście, już w terenie zawsze zdarzy się jakaś niespodzianka albo zgłodniejemy w nieznanej dzielni o nieodpowiedniej godzinie, a Internet umarł lub nie ma nic sensownego do powiedzenia. Co wtedy? Zerknijcie na poniższe punkty. Jeśli w lokalu potknięcie się o większość z nich, uciekajcie czym prędzej.

 

1. Brak zainteresowania obsługi

Cenieni restauratorzy są zgodni: jedzenie jest bardzo ważne, ale jeśli o gościa się nie zadba, prawdopodobnie już nigdy nie wróci. Dobre restauracje wyróżnia więc świetny, przeszkolony serwis. W związku z tym należy rozwinąć żagle i spływać z portu, w którym nikt nie wita i nie wyznacza kursu na wolny stolik, bo jest duża szansa, że ten brak zainteresowania ze strony kelnerów będzie towarzyszyć nam przez resztę wizyty. Co oznacza, że cierpliwość będziemy trenować przy oczekiwaniu na wszystko: kartę, złożenie zamówienia, przyniesienie rachunku, wydanie reszty, itp. Poza tym przy takim braku zaangażowania, prawdopodobnie nie dowiemy się zbyt wiele o daniach i ewentualnych alergenach.

“Jeśli przez 15 minut nikt nie jest w stanie przyjąć zamówienia, a obsługa jest nadąsana.”

~Kasia Ślusarczyk

“Tak naprawdę pierwszym punktem powinna być obsługa bo to z nią mamy najpierw do czynienia i to od jej sposobu podejścia (Uśmiech!) do Gościa zależy wiele czynników składających się opinie o restauracji.”

~Emilia Drużkowska

 

2. Lokal świeci pustkami

Jeśli restauracja wygląda, jakby przez miasto przetoczyła się epidemia dżumy, a mamy właśnie porę obiadową lub czas na kolację, najczęściej jest to znak, że lokalsi już dawno zweryfikowali miejsce i lepiej nie niepokoić w nim swoich kiszek.

 

3. Nieapetyczne zapachy

Ze smutkiem trzeba rzec, że czasami całkiem świetne miejsca mają problemy z wentylacją. Pół biedy, jeśli zapachy są apetyczne, wówczas na eau de stek można później przynajmniej poderwać jakiegoś głodnego mięsożercę. Gorzej, jeśli zapach od razu kojarzy się z „kultowym” warzywkiem i prehistorycznym tłuszczem, którego drobiny niemal zagęszczają powietrze. Nie chcesz, aby oprócz zgagi do końca dnia towarzyszył ci aromat spalenizny na kołnierzu koszuli i we włosach? Wracaj na powietrze.

 

4. Lokal brudny i niezadbany

Rzut oka wystarczy, aby na podłodze dostrzec baranki kurzu, a od stołu trudno się oderwać, bo przykleił ci się do niego łokieć. Dla potwierdzenie zajrzyj jeszcze do łazienki (zwłaszcza, że mama uczyła przecież, że przed jedzeniem ręce umyć należy). Boisz się czegokolwiek dotknąć? Zjeść strach tym bardziej. Nie mylić oczywiście z miejscami, które może nie mogą pochwalić się startującym w konkursach designem, ale wnętrze jest zadbane i schludne.
PS może nie dotyczyć Azji – jedne z najpyszniejszych zwizytowanych przeze mnie knajpek w Chinach za kierowników sali mają tłuste, brudne kocury, a w łazienkach nawet dłonie strach myć.

“Mój dawny kolega z pracy zanim coś zamówił szedł na “inspekcję” do toalety- zawsze mówił, że po tym można wyciągnąć wnioski co do podejścia do higieny w lokalu”

~Iwona Wendler

“Brudne, podarte menu. Jak takie dostaję to wychodzę.”

~Magdalena Śpiewak

 

5. Kucharze podrygują w rytmie pikającej mikrofalówki

Jeśli do uszu co chwilę rzucają ci się rytmiczne piknięcia spracowanej mikrofalówki, a po przestudiowaniu karty nie odnotowano żadnego usprawiedliwienia dla jej bytności (jedliście kiedyś biszkopt upieczony w mikrofali albo mikrofalowe jajko w koszulce?), to sami wiecie, co to oznacza. Na pewno niezbyt świeżo, soczyście i z polotem.

 

6. Menu jest jednym wielkim brakiem

Oczywiście może się zdarzyć, że dostawca zawiedzie i zabraknie kluczowego składnika do któregoś z dań. Jednak jeśli co druga rzecz, o którą pytamy, jest niedostępna, może to budzić podejrzenie, że miejsce nie jest dobrze zarządzane. W dodatku często do wyboru pozostają mało atrakcyjne dania. A chyba nie ma sensu zamawiać czegoś, na co nie miało się poprzednio wcale ochoty?

“Karta jest krótka, a części dań i tak nie ma.”

~Jan Milek

 

7. Menu długości „Ulyssesa” albo “Wzgórza Psów” Jakuba Żulczyka

Niekończące się sekcje przystawkowe i kilkustronicowy strumień świadomości w daniach głównych mogą skutkować śmiercią z głodu podczas studiów nad kartą. Istnieje obawa, że kuchnia modli się, aby gość nie zamówił konkretnych pozycji, bo będzie zmuszona otwierać stare notatki albo kulinarne książki, zanim będzie w stanie to ugotować. Nie dotyczy oczywiście restauracji indyjskich – pozdrawiam warszawskie Curry House, Namaste i Mandalę <3

 

8. Menu eklektyczne

Schabik wita się z pizzuszką, zupa tajska z rosołem, pierogi ruskie z chińszczyzną, a kebsik z carbonarą? Cóż, jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, jak coś jest dla każdego, to jest dla nikogo.

 

“Menu, które nie łączy się z tym, czym lokal stara się być. Np. w knajpce azjatyckiej są pierogi ruskiej, a w lokalu specjalizującym się w kuchni polskiej podawana jest pizza oraz carbonara.”

~Maciej Blatkiewicz

“Drugi punkt styku, to menu, jeśli knajpa nie ma na siebie mocno sprecyzowanego pomysłu, a w karcie pojawiają się np. burgery, makarony, pizze i steki – wychodzę.”

~Agnieszka Szydziak

 

9. Promocja „na gębę”

Każdy centymetr ściany zajęty jest foteczkami gwiazd i celebrytów, którzy śnieżnobiałym uśmiechem próbują zaślepić cię przed oczywistym – odcinaniem kuponów od dawnej sławy. Skoro nie można pochwalić się osiągnięciami kulinarnymi i świetnymi daniami, pozostaje podeprzeć się „pudelkowym” nazwiskiem.

 

10. Naganiacze

Jeśli jakiś typ przebrany za greckiego boga, polskiego szlachcica albo biegający za tobą z menu „najlepszej restauracji w mieście” agresywnym marketingiem b2c niczym stado owczarków próbuje zagonić was do swojego przybytku, znaczy to, że na miejscu czeka tylko kulinarna pożoga.

 

11. Menu turystyczne

Obecność stereotypowych, lokalnych ultra klasyczków w specjalnej sekcji „turist menu” w dodatku w łaskawie szczodrej cenie zwiastuje najczęściej, że ktoś tu chce zaoszczędzić wam szukania lepszych miejsc, a sobie porządnej roboty. W końcu nie ma co inwestować talentów, kreatywności, czasu i produktów we wpadającego do restauracji pierwszy i ostatni raz turysty.

 

III Ostatnia deska ratunku

Jeśli mimo występowania kilku z powyższych punktów lub pojawiającego się już przy stoliku braku zaufania do miejsca z trudnego do sprecyzowania powodu, zdecydowałeś się jednak coś zamówić, pamiętaj o kilku rzeczach.

 

1. Pozaglądaj w talerze

Zrób dyskretne śledztwo dotyczące zawartości talerzy biesiadników przy innych stolikach. Czy oko wytropiło coś, co wzruszyło wyobraźnię ślinianek?

 

2. Zamów coś na próbę

Nie rzucaj się od razu do zamawiania całego menu, poproś na próbę o jeden lub dwa przystawkowe klasyki, coś, o czym wiesz, jak powinno smakować. W razie klęski eksperymentu, zaoszczędzisz złoto – wartość policzalna i straty moralne – bezcenne.

“Ja wjeżdżam i biorę w knajpie najmniej przetworzoną rzecz, którą albo się umie albo się – kurwa – nie umie; tatar / śledź / jakaś sałatka z fancy warzywek i jak tego się nie umie no to dalej nie będzie przecież lepiej, nie?”

~Kamil Wpierdala

 

Macie jakieś inne sprawdzone sposoby? Zapraszam do dyskusji.

Komentarze

Close